20-08-2009

Józef Majka - Jaka Polska cz 6 - Zasada pierwszeństwa pracy przed kapitałem

Sformułowanie, które znalazło się w tytule tego rozdziału jest cytatem z encykliki Jana Pawła II o pracy ludzkiej. Tak też sformułowaną zasadę chcielibyśmy uznać, w odpowiedniej interpretacji, za jedną z głównych wytycznych reformy gospodarczej w kierunku demokratyzacji. Reforma taka wymaga, jak nam się wydaje, przede wszystkim rewizji samej koncepcji własności oraz odpowiedniego uregulowania stosunków własności.
Jan Paweł II, posługując się terminem „kapitał”, ma na myśli przede wszystkim kapitał rzeczowy – jak się wyraża – „zasoby”, a te – jak argumentuje –nie mogą człowiekowi służyć inaczej, jak tylko przez pracę”. Choć więc w tytule posłużyliśmy się terminem „kapitał”, to jednak w tych rozważaniach idzie nam głównie o problematykę własności. Zamierzamy przedstawić nową interpretację koncepcji własności, dla której podstawy znajdujemy w encyklice Laborem exercens i sformułować oraz uzasadnić tezę, że tzw. realny socjalizm dlatego, między innymi, ulega załamaniu, że nie realizuje zasady priorytetu pracy przed własnością, który wynika przecież z zasad socjalizmu.

1. WIELOZNACZNOŚĆ POJĘCIA „WŁASNOŚĆ”

Samo pojęcie własności jest oczywiście wieloznaczne, gdyż rzeczywistość, którą nim oznaczamy jest wieloaspektowa, a poza tym posługujemy się nim w różnych dziedzinach życia i w różnych dyscyplinach naukowych. Samo zresztą zjawisko, sama instytucja własności podlega ewolucji historycznej i jest zróżnicowana w zależności od kontekstów geograficznych. Wymaga więc ono nieco szerszej analizy i dokładniejszego określenia.
Zarówno w przeszłości, jak i dziś najczęściej mówi się o tzw. prawie własności jako prawie podmiotowym, a więc uprawnieniu osoby fizycznej lub moralnej do posiadania dóbr materialnych mających wartość, a więc zdolnych do zaspokojeni różnych potrzeb gospodarczych. Rozróżniono przy tym wyraźnie między prawem do posiadania i prawem do użytkowania, które to uprawnienia nie muszą bynajmniej iść ze sobą w parze.
Powszechne bowiem prawo do użytkowania jest podstawowym prawem osoby, mającym swe uzasadnienie w prawie do życia i stanowi odpowiednik potrzeb życiowych człowieka. Miara tych potrzeb, w określonych okolicznościach życiowych, stanowi swego rodzaju miarę uprawnienia. Prawo to, wyrażane przez socjalistów znaną formułą „każdemu według jego potrzeb”, jest w tym skrajnym sformułowaniu interpretowane autonomicznie w stosunku do zasług, przynajmniej w swoich najniższych i najwyższych granicach realizacyjnych. Wyrażają to formuły: „nikt nie powinien być skazany na nędzę” i nikt nie ma prawa żyć w zbytku”. Formuły te wyrażają istotę dążeń socjalizmu konsumpcyjnego.
Nie zajmujemy się tu jednak własnością jako prawem do użytkowania, lecz jako prawem do posiadania i dysponowania dobrami materialnymi. W tym też znaczeniu najczęściej posługujemy się terminem „własność” w mowie potocznej. Tak rozumiane prawo własności jest również uprawnieniem każdej osoby ludzkiej, ale zupełnie inne jest uzasadnienie tego uprawnienia. Wynika ono mianowicie z rozumności człowieka, z jego zdolności do doskonalenia świata i czynienia go bardziej ludzkim, to znaczy dostosowywania go bardziej ludzkim, to znaczy dostosowywania go do potrzeb człowieka. W ujęciu teologicznym mówimy tu o powołaniu człowieka do współdziałania z Bogiem w dziele stworzenia przez pracę.
Inna też jest społeczna funkcja tak rozumianego prawa własności. Funkcją tą jest gospodarowanie. Podmiot tak rozumianej własności – właściciel – jest obowiązany do racjonalnego gospodarowania i to jest pierwszą i podstawową racją zawłaszczania dóbr, lub – jak mówi Jan Paweł II – „zasobów” gospodarczych, przy czym termin „zasoby gospodarcze” należy rozumieć szeroko, począwszy od ziemi i zasobów surowcowych aż po zasoby finansowe.
Własność jako posiadanie i dysponowanie dobrami spełniała i jeszcze dziś spełnia także inne funkcje w społeczeństwie: może być narzędziem władzy, prestiżu społecznego itp., ale są to, a przynajmniej powinny być, funkcje drugorzędne, które w humanistycznym społeczeństwie winy schodzić na drugi plan.
Przez prawo do dysponowania dobrami rozumiemy zarządzanie nimi i przekazywanie ich innym podmiotom posiadania, ich przekształcanie oraz wszystkie czynności, jakich wymaga prawidłowe gospodarowanie. Prawo własności, w sensie posiadania i dysponowania, przysługuje z natury rzeczy każdej osobie ludzkiej, ale to nie znaczy, że jego powszechność ma taki sam charakter jak powszechność ma taki sam charakter jak powszechność prawa do użytkowania. Oznacza tylko, że podstawą posiadania jest racja rozumności, ale ta właśnie racja je również ogranicza, gdyż prawu do posiadania odpowiada obowiązek racjonalnego gospodarowania, zgodnie z wymogami dobra wspólnego.
Terminem „własność” określa się także często zespoły dóbr będących przedmiotem posiadania. Posługując się w tych rozważaniach terminem „własność” będziemy mieli na myśli prawo do posiadania. Jeżeli użyjemy go w pierwszym lub trzecim znaczeniu będziemy się starali każdorazowo to zaznaczyć, chyba że będzie to jasno wynikało z kontekstu.

2. HISTORYCZNE KONCEPCJE WŁASNOŚCI

W przeszłości rozwinęło się co najmniej kilka sposobów rozumienia i interpretacji prawa własności, które, sprowadzone do pewnych ogólniejszych schematów, chcielibyśmy nazwać koncepcjami własności.
a) Wymieńmy na pierwszy miejscu indywidualistyczną koncepcję własności, która początkami swymi sięga co najmniej prawa rzymskiego. Prawo własności sprowadza się tu, mówiąc najogólniej, do roszczenia jednostki w stosunku do rzeczy (tą rzeczą w systemie niewolniczym mógł być także człowiek), która została przez tę jednostkę zdobyta (np. zawłaszczona jako rzecz niczyja) bądź też prawnie nabyta (np. w wyniku kontraktu). Uprawnienie wynikłe z tego roszczenia („hunc asinum meum esse aio”) jest pojmowane jako niczym nieograniczone. Właściciel jest niepodzielnym panem rzeczy, nie jest odpowiedzialnym przed nikim za sposób posługiwania się nią i może z nią zrobić wszystko, co zechce.
Nietrudno rozpoznać tu tzw. liberalną koncepcję własności, w oparciu o którą zrodził się i rozwinął współczesny kapitalizm. Takie pojmowanie własności dawało nie tylko nieograniczoną władzę nad rzeczami, ale otwierało także drogę do władzy nad ludźmi oraz określało pozycję społeczną właściciela, zwalniając go od zobowiązań wynikających z faktu posiadania. Stąd rzucająca się w oczy analogia między „posiadaczami” (proprietarii), wielkimi właścicielami z okresu schyłku Cesarstwa Rzymskiego a nowożytnymi obszarnikami i kapitalistami. Z tą koncepcją własności łączy się tendencja do jej sakralizacji. Rzadko to pamięta, że formuła o „świętej własności prywatnej” nie pochodzi ze źródeł chrześcijańskich, lecz z francuskiej, jakże laickiej, Deklaracji Praw Człowieka i Obywatela. Chrześcijańskie źródła mówią raczej o „świętym ubóstwie”.
b) Swego rodzaju przeciwieństwem tej koncepcji są socjalistyczne koncepcje
własności, polegające na dążeniu do zniesienia, a przynajmniej ograniczenia własności prywatnej na rzecz własności wspólnej, a raczej społecznej. Z tego punktu widzenia można rozróżnić dwa rodzaje socjalizmu: wspólnotowy oraz państwowy. Podział taki wydaje się być uproszczeniem, ale po dokładniejszej analizie musimy ostatecznie zgodzić się na to, że każdy rodzaj socjalizmu da się zaliczyć do jednej z tych dwóch grup, choć wielu zapewne chciałoby mówić o odrębnym typie socjalizmu spółdzielczego. Socjalizm wspólnotowy albo pozostawał w sferze czystej utopii, albo był realizowany (ze zmiennym skutkiem) jedynie w niewielkich wspólnotach, których trwałość była zależna ostatecznie od wewnętrznej postawy (formacji) członków. Takimi wspólnotami socjalistycznymi, czy nawet komunistycznymi były i są jeszcze zakony.
Socjalizm zmierza do własności społecznej (a faktycznie państwowej) jako jedynej formy własności. Jeżeli w okresie przejściowych studiów swego rozwoju dopuszcza inne formy własności (indywidualna, społeczna, prywatna, spółdzielcza, wspólna), to dzieje się to jedynie na zasadzie koncesji, nawet wtedy, gdy koncesja ta jest wymuszana przez okoliczności społeczno-polityczne. Praktycznie więc identyfikuje się własność społeczną z państwową i docelowo dąży się do wyłączności tej ostatniej, a zatem do centralizacji całej działalności gospodarczej.
W ten sposób socjalizm realny stał się swego rodzaju kapitalizmem państwowym, jakąś pozorną jego odwrotnością, a dokładniej, odwrotnością tego, co Lenin nazywał imperializmem. W wypadku bowiem imperializmu własność jest źródłem władzy i wpływu na politykę państwa, tutaj zaś władza skupia własność i dyspozycję gospodarczą, przekazując ją w ręce aparatu urzędniczego, ściślej, partyjnego.
c) Chrześcijańska koncepcja własności rozwinęła się w oparciu o przesłanki filozoficzno-teologiczne, a także historyczne. Starotestamentowa formuła „imago Dei”, mówiąca o godności osobowej człowieka (Rdz 1, 27) oraz wyrażone tam wezwanie człowieka do podporządkowania ziemi swoim potrzebom (Rdz 1, 29;2, 15), znajduje się u podstaw teologicznej koncepcji własności, jako panowania człowieka nad rzeczami mającymi się przyczynić do jego udoskonalenia, a przede wszystkim mającymi mu służyć do zachowania życia. Rzeczy te jednak muszą być wpierw same udoskonalone przez człowieka, dopełniającego w ten sposób boskiego dzieła stworzenia. Ich doskonalenie
wymaga wielorakiego zapanowania nad nimi, między innymi także przez zawłaszczenie, to znaczy przez zdobycie uprawnienia do dysponowania nimi w takim stopniu i w taki sposób, jakiego wymaga ich dostosowanie do użytkowania przez ludzi; nie tylko właściciela, ale wszystkich ludzi.
W ujęciu chrześcijańskim zatem własność jest zapanowaniem człowieka nad rzeczą, ale jest to dominacja, która ma służebny charakter. Jak każda władza w rozumieniu chrześcijańskim jest ona, a w każdym razie powinna być, służbą dobru wspólnemu, służeniem bliźnim. Oznacza to, że właściciel przez sam fakt posiadania, dlatego, że staje się podmiotem władzy, zaciąga zobowiązanie wobec bliźnich i wobec dobra wspólnego.
Jest więc własność funkcją społeczną, a jej posiadacz i dysponent jest obciążony odpowiedzialnością wobec dobra społecznego. Wynika z tego, że każdy człowiek ma w zasadzie prawo do posiadania, ale samo posiadanie jest uwarunkowane zdolnością oraz faktem wypełniania tej funkcji wobec dobra wspólnego.
Historycznie znajdowało to pewien wyraz w samym pojmowaniu tytułu posiadania. W tradycji prawniczej średniowiecza wprowadzono rozróżnienie: „dominum altum” oraz „dominum humile”. Podmiotem pierwszego z nich był wyłącznie monarcha, podczas gdy własność w ścisłym tego słowa znaczeniu (dominum humile) była nadaniem monarchy obciążonym określonymi zobowiązaniami społecznymi, przede wszystkim zobowiązaniem obrony kraju. Nie jest to jednak forma realizacji koncepcji, lecz tylko pewna jej egzemplifikacja. Formy bowiem realizacji zamieniają się w zależności od przemian społeczno-gospodarczych. Należy tu także przypomnieć znane, choć bynajmniej nieostre, rozróżnienie dóbr produkcyjnych i konsumpcyjnych, gdyż analizując koncepcje produkcyjną. Zagadnienie przedmiotu własności wymaga jednak osobnej analizy, która ma niemałe znaczenie dla zrozumienia, na czym polega priorytet pracy przed kapitałem.
W chrześcijańskiej koncepcji własności nie ma w zasadzie miejsca dla czystego posiadacza, czy też czystego kapitalisty, to znaczy dla takiej roli społecznej, która polegałaby jedynie na posiadaniu i czerpaniu dochodu z własności. Posiadanie jest służbą społeczną, polegającą na zarządzaniu i dysponowaniu własnością dla dobra społecznego, które wyraża się w zaspokojeniu potrzeb wszystkich. Nie ma więc miejsca na posiadanie dla posiadania. Dobra gospodarze „nie mogą być posiadane wbrew pracy, nie mogą też być posiadane dla posiadania, ponieważ jedynym prawowitym tytułem ich posiadania- i to zarówno w formie własności prywatnej, jak też publicznej czy kolektywnej- jest ażeby służyły pracy”. Posiadanie jest służbą społeczną, która wymaga określonych kwalifikacji zawodowych, ale i moralnych. Te wymogi kwalifikacyjne zrastają wraz z postępem technicznym i rozwojem społeczno- gospodarczym. Brak tych kwalifikacji może czynić podmiot niezdolnym do posiadania.

3. ANALIZA PRZEDMIOTU WŁASNOŚCI

Odpowiedź na pytanie, co jest, czy co może być bardzo prosta. Najczęściej myślimy, że przedmiotem własności są rzeczy użyteczne, to znaczy takie, które mogą bezpośrednio posłużyć do zaspokojenia potrzeb człowieka. Po namyśle dodajemy, że idzie o takie rzeczy, które mają wartość, to znaczy nie występują w nadmiarze, albo inaczej jeszcze, że chodzi nam o taki dobra, które mogą być przedmiotem gospodarowania; żadne z tych określeń dopowiedzianych nie jest całkiem ścisłe i wymaga dalszej analizy. Jeżeli już- niejako niepostrzeżenie- doszliśmy do enumeracji przedmiotów własności, to trzeba dodać, że wchodzą tu w grę także pieniądze, a choć są rzeczą, to jednak nie jako rzecz stają się przedmiotem zawłaszczenia. Przypomnijmy wreszcie, że przedmiotem własności mogą być nie tylko rzeczy materialne, lecz także dobra duchowe, np. prawa, uprawnienia, a sprawa przedmiotu własności wyda nam się jeszcze bardziej złożona.
Ta enumeracja konkretnych przedmiotów własności zmusza nas jednak do bardziej abstrakcyjnego spojrzenia na nie, do postawienia sobie pytania, co jest dla nich wszystkich wspólne i co właściwie sprawia, że stają się one przedmiotem zawłaszczania. Wspólne jest oczywiście to, że wszystkie one, nawet wtedy, gdy są same w sobie duchowe (np. uprawnienia), reprezentują zawsze jakąś wartość materialną, ściślej-wartość gospodarczą.
Stwierdzenie to nie doprowadza nas jednak w naszym rozumowaniu do końca drogi, przeciwnie-stawia nas zaledwie na jej początku. Zmusza nas mianowicie do sformułowania pytania, czy przedmiotem własności jest rzecz, pieniądz, uprawnienie czy wartość? Pytanie jest tylko pozornie czysto teoretyczne, bo ma daleko idące konsekwencje praktyczne. Odpowiedź na nie jest o tyle złożona, że wymaga uprzedniego rozstrzygnięcia zagadnienia źródła wartości.
Pytanie o źródło wartości jest w swej istocie filozoficzne i nie powinno interesować ekonomisty, a jednak stawiał je także K. Marks, i zapewne niejeden z czytelników odpowiada już sobie na nie znaną, szkloną formułą: „Jedynym źródłem wartości jest praca, a zatem cały owoc pracy należy się robotnikowi”. Dziś została z tego rzeczywiście tylko formuła, bo okazało się, że sprawa nie jest taka prosta, jak ją na podstawie tej formuły widziano w nauczaniu szkolnym. Nie widać w każdym razie związku między tą formułą a postulatem, a przede wszystkim koniecznością uspołecznienia (zwłaszcza w sensie upaństwowienia) wszystkich dóbr produkcyjnych. Rozumowanie to upraszcza zresztą cale zagadnienie związku między wartością a pracą, zawężając je do faktu fizycznej pracy robotnika i wytworu tejże pracy.
Zagadnienie wartości gospodarczej jest, rzecz jasna, znacznie szersze w zakresie i bogatsze w treści. Nie miejsce tu jednak na omawianie całej, rozległej przecież i wielorako formułowanej problematyki wartości dóbr gospodarczych. Wydaje się zresztą, że nie może ono być rozstrzygane tylko w kategoriach ekonomicznych, o takie próby rozstrzygania problematyki własności, w oparciu o ekonomiczną jedynie i w dodatku zawężoną optykę tego zagadnienia, prowadziło już niejednokrotnie do błędów i nieporozumień. Marks i jego komentatorzy nie są tu jedynym, choć chyba najlepszym przykładem.
Możemy zapewne zgodzić się z tezą, że przez wartość jakiejś rzeczy rozumiemy zazwyczaj jej użyteczność dla osoby lub społeczności, ale jest to określenie bardzo ogólne, a sama użyteczność nie jest łatwa do wymierzenia. Zachodzi więc niemała trudność, gdy idzie o obiektywizację użyteczności. ™o, co jest użyteczne dla jednego podmiotu, może nie przedstawiać żadnej wartości, a nawet stanowić antywartości
dla innego. To, co jest użyteczne dziś, może okazać jutro i odwrotnie. Istnieją także różne stopnie, czy nawet skale użyteczności, które mogą być różnicowane w odmiennych warunkach i okolicznościach. Są wreszcie, jak widmo, rzeczy, których użyteczność opiera się na zróżnicowanych, emocjonalnych odczuciach różnych podmiotów; ich wartość jest ekonomicznie niewymierna, nawet wtedy, gdy w pewnych wypadkach jest wyrażona w wielkościach gospodarczych.
Nie pozostaje nam nic innego, jak ograniczyć się w tej analizie do ekonomicznych wymiarów wartości, zdając sobie jednak sprawę z tego , że istnieją jeszcze inne jej wymiary oraz, że w niektórych wypadkach, także w ekonomii, należy się z nimi liczyć.
Wartość „in radice” (w przeciwieństwie do dobra) ma subiektywny charakter, bo powstaje w relacji między osobą a rzeczą, a więc jest zależna nie tylko od jakości rzeczy, ale także od kwalifikacji osoby, która niejako musi się na tej rzeczy „wyznać”, albo posiadać do niej osobisty stosunek, ażeby mogła ją właściwie ocenić. Ocena więc, a zatem i praktyka wartościowania rzeczy, pozostaje w sferze decyzji osoby. Dotyczy to nie tylko ocen emocjonalnych i estetycznych, ale także użytecznościowych zarówno w sferze konsumpcji, jak i dziedzinie produkcji.
Wprawdzie w wypadku ocen pierwszego rodzaju (emocjonalnych) wpływ czynnika subiektywnego jest decydujący, ale może także nabrać cech powszechności (np. pamiątka narodowa), w ostatniej natomiast dziedzinie (produkcyjnej), o ocenie wydaje się decydować poziom technologii (a więc czynniki wysoce zobiektywizowany); jednak i w tym ostatnim wypadku zachodzą przecież sytuacje, że tylko nieliczne, a czasem jedynie pojedyńcze osoby (np. wynalazcy) są zdolne do właściwej oceny wartości rzeczy(np. surowca lub urządzenia technicznego), a jeszcze mniej jest tych, którzy potrafią wartość tę praktycznie spożytkować dla dobra wszystkich, podejmując określony rodzaj produkcji.
Trudność polega na tym, że system ocen subiektywnych, zwłaszcza zindywidualizowanych, nie może być wprowadzony do rozważań ekonomicznych, chyba że byłaby jakaś możliwość jego obiektywizacji. Oceny te bowiem wydają być nieporównalne, podczas gdy wartościowanie ekonomiczne wtedy tylko ma jakikolwiek sens, gdy jest porównalnie i może służyć do porównania różnych dóbr gospodarczych. Istnieje wszakże w ekonomii skuteczny system porównania wszystkich dóbr ekonomicznych. Tym systemem jest, jak wiadomo, system wolnego rynku.
Jest to równocześnie system swobodnego przepływu dóbr, stwarzający szczególne preferencje dla tych, których można by nazwać monopolistami oceny, to znaczy dla fachowców, którzy potrafią odkryć, ocenić i wyważyć szczególne wartości niektórych dóbr, których istotna wartość jedynie im jest znana, bo dopiero ich kwalifikacje nadają, czy też mają szanse nadać tym rzeczom nową wartość.
Jest to zgodne z interesami ogółu, albowiem przemawiają one za tym, ażeby poszczególne rodzaje rzeczy (własności) znalazły się w dyspozycji tych, którzy są w stanie nadać im najwyższą wartość.

4. PODMIOT WŁASNOŚCI

Zbliża nas to do zagadnienia podmiotów własności. Podmiotem własności jest przede wszystkim osoba, bo tylko ona, z filozoficznego i społecznego punktu widzenia, posiada podmiotowość w ścisłym tego słowa znaczeniu. Tylko osoba jest zdolna do poznania i oceny rzeczywistości, a więc także do „rozeznania się” na rzeczy oraz do podejmowania decyzji, a zatem i do gospodarowania.
Można z tego wyprowadzić wniosek, że podstawową i pierwotną formą własności jest osobista własność indywidualna, ale taki wniosek byłby niewątpliwie uproszczeniem. Jeżeli przypominamy, brzmiącą już dziś banalnie, choć bardzo różnie interpretowaną tezę Arystotelesa, że „człowiek jest z natury swej istotą społeczną”, to dojdziemy do wniosku, że większość naszych celów osobowych osiągamy we współdziałaniu z innymi w ramach różnego rodzaju wspólnot, gdzie podstawowym warunkiem współdziałania jest uczestnictwo. Otóż udział we współdziałaniu przez własność, a więc przez wspólność własności lub też przez wkład własności, jest jedną z form uczestnictwa.
Tak oto potrzeba współdziałania staje się źródłem różnych form własności, które stanowią pewien sposób lub narzędzie uczestnictwa osoby w osiągnięciu wspólnego celu, realizacji wspólnego dobra. Sposobem jednak powstania tych różnych form własności jest zawsze wolny, pochodzący ze swobodnego wyboru, udział osoby we wspólnocie, jej osobowy wkład we współtworzenie wraz z innymi nowych wartości wspólnej czy społecznej rodzą się w wolności, w wyniku działania i współdziałania wolnych osób ludzkich.
Szczegółowe formy tej własności przedstawiają bardzo bogaty i zróżnicowany obraz: można mówić o własności różnego rodzaju spółek i własności wspólnotowej z jednej strony, oraz o różnych formach własności społecznej, prywatnej i publicznej z drugiej. Różnica między nimi polega na tym, że w pierwszym wypadku poszczególne osoby współdziałające i współuczestniczące nie rezygnują z udziału w dyspozycji własności i jej zarządzaniu, podczas gdy w wypadku własności społecznej powstaje nowy podmiot społeczny, osoba moralna, która jest właściwym podmiotem posiadania, zarządzania i dysponowania określonym zespołem dóbr gospodarczych.
W dobrze zorganizowanym społeczeństwie ludzi wolnych może więc i powinno funkcjonować wiele różnorakich podmiotów własności, istnieć wiele-jak to zwykliśmy mówić-form własności, z których każda spełnia określoną i często niezbędną rolę w funkcjonowaniu społeczeństwa. Wszystkie one stanowią to, co nazywa się ustrojem własności.
W społeczeństwie takim jest więc miejsce na własność osobistą, rodzinną, spółkową, wspólnotową, spółdzielczą, własność państwową. Rozmiary czy zakres własności poszczególnych podmiotów posiadania nie są i nie powinny być całkowicie dowolne; można bowiem wymienić cały szereg racji podmiotowych i przedmiotowych, które pozwalają na stosunkowo precyzyjne ich określenie i mogą służyć za podstawę uzasadnienia ewentualnej reformy własności z zmieniających się przecież warunkach historyczno-społecznych. Przez racje przedmiotowe rozumiemy argumenty przemawiające za tym, ażeby określone dobra posiadały takiego a nie innego właściciela, racje natomiast podmiotowe pozwalają ustalić, jaki zakres własności sprzyja osiągnięciu celów przez określone podmioty życia społecznego.
Opiera się to wszystko na ogólnym założeniu, że posiadanie jest środkiem, a nie celem, i jest ono środkiem do zaspokojenia potrzeb gospodarczych przez wszystkich ludzi naszego globu, a nie do zapanowania nad światem, a tym bardziej do zniewolenia człowieka.
Dlatego każdy podmiot własności jest powołany do tego, ażeby przy jaj pomocy służył dobru społecznemu i ułatwianiu osiąganie celów osobowych innym ludziom. Ponad tymi racjami góruje zawsze niepodważalna, ogólna i najbardziej obiektywna racja ekonomiczna: własność w znaczeniu rzeczowym, a zatem dobro gospodarcze będące przedmiotem posiadania powinno się znaleźć w dyspozycji tego podmiotu, który jest mu w stanie nadać najwyższą użyteczność społeczną i gospodarczą przez swą pracę i wysiłek organizacyjny lub inne zabiegi gospodarcze. Winna ona znaleźć się w rękach tych, którzy jej najbardziej potrzebują (potrzeba jest miarą wartości, ale także tych, którzy potrafią w procesie gospodarczym odkryć i wykorzystać (np. poprzez odpowiednie technologie) najwyższe możliwości, jakie w miej tkwią.
Mówiąc o potrzebie własności mamy na myśli nie tylko potrzeby ściśle gospodarcze, ale mieści się w tym przede wszystkim znaczenie wartości dla ukształtowania i rozwoju podmiotowości społecznej i gospodarczej każdego z wymienionych podmiotów. Wynika stąd postulat pluralizmu ustrojowego w zakresie własności, to znaczy, że w zdrowym ustroju społeczno-gospodarczym winno się znaleźć miejsce dla wszystkich form własności, w odpowiednich dla każdej z nich proporcjach.

5.EWOLUCJA USROJU WŁASNOŚCI W PRL

Należ stwierdzić, że stosunki własności w naszym kraju wymagały uporządkowania już w okresie międzywojennym, a gruntownej reformy po wojennym rozbiciu całego ładu społecznego, jednak takiej reformy dotąd nie doczekał. Interesuje nas tu jedynie okres powojenny, kiedy to regulacja systemy posiadania wydawała się szczególnie łatwa, bo była od początku zapowiadana i nikt nie kwestionował jej potrzeby, a ewentualni przeciwnicy nie byli w stanie jej przeszkodzić. Oczekiwaniu reformy własności towarzyszył nawet pewien entuzjazm, bo robotnicy spodziewali się samorządnych przedsiębiorstw, a chłopi zdrowych, średnich gospodarstw rolnych. Jednych i drugich spotkał niestety zawód. Co było jego przyczyną?
Należy jej szukać w samym założeniu, z jakim przystąpiono do własnościowych przemian w naszym kraju po drugiej wojnie światowej. Tym założeniem była teza o priorytecie racji politycznych przed społeczno-gospodarczymi. W wyniku takiego założenia to, co miało być reformą rolną, stało się rozgrywką polityczną z tzw. obszarnikami i etapem przejściowym w kierunku kolektywizacji rolnictwa. Nie zamierzało to więc w najmniejszym nawet stopniu do stworzenia systemu zdrowych, średnich gospodarstw chłopskich.
Powołane po drugiej wojnie światowej w przedsiębiorstwach przemysłowych samorządy robotnicze uległy rychłej likwidacji, a raczej przekształcaniu w rady zakładowe, czyli najniższą instytucję związków zawodowych, podległych zresztą całkowicie analogicznym instancjom partyjnym. Rzutowało to oczywiście w sposób jednoznaczny na kształtowanie się koncepcji własności ogólnospołecznej jako własności, której podmiotem stało się wyłącznie państwo, ale nie było to od razu tak bardzo wyraźne i oczywiste dla wszystkich.
Przeszliśmy przecież etap tzw. gospodarki trójsektorowej (poprawny, spółdzielczy i państwowy), a zaraz po nim, czy też w jego ramach, okresy likwidacji inicjatywy prywatnej, to znaczy rzemiosła i drobnego przemysłu, potem nacisku kolektywizacyjnego w rolnictwie, następnie walki z „czkawką abramowszczyzny”, czyli opanowaniem sektora spółdzielczego, wreszcie rozpadu spółdzielni produkcyjnych i nowego, długofalowego likwidowania rolnictwa indywidualnego przy współdziałaniu kółek rolniczych, a także poprzez procesy urbanizacji i ograniczania chłopów indywidualnych, skazanych ostatecznie na powolne wymieranie. Dla niektórych zabłysła na krótki czas idea gospodarstw farmerskich, ale były to tylko peryferie ogólnych tendencji i nacisków.
Jaki więc system własności ukształtował się w wyniku tych wahliwych poczynań polityki społeczno-gospodarczej w naszym kraju? Utrzymała się na pewno podstawowa zasada, że gospodarka ma być podporządkowana polityce. Jeżeli pozostawimy na uboczu nie dokończony jeszcze proces wymierania rolnictwa indywidualnego, to będziemy mogli powiedzieć, że socjalistyczna zasada własności ogólnospołecznej jest rozumiana jako zasada własności państwowej. Prywatne gospodarstwa rzemieślnicze i drobnoprzemysłowe były przed reformą wąziutkim marginesem gospodarczym, udostępnionym na zasadzie koncesji ludziom politycznie wiernym lub policyjne zasłużonym. To samo po odpowiednim przeredagowaniu można by powiedzieć o działalności gospodarczej grup politycznych i religijnych (Inco, Libella, Polkat itp.).
Rodzi się jednak pytanie, co to praktycznie znaczy – własność państwowa? Kto tu jest naprawdę podmiotem własności i jak ta podmiotowość jest realizowana? Państwo oczywiście jest i powinno być podmiotem własności niezbędnej do realizacji celów komunalnych (choć to raczej sfera samorządu), socjalnych, oświatowych, naukowych, kulturalnych, obronnych, administracyjnych, interwencyjnych itp., choć wiele tych zadań mogłoby ono spełnić poprzez inne podmioty o charakterze prywatnym lub społecznym. Rzecz w tym, że po likwidacji wszystkich form samorządów i całkowitym uzależnieniu (praktycznej likwidacji) spółdzielczości, państwo pozostało samo „na placu”, gdy idzie o pełnienie tych wszystkich zadań, a ponadto przyjęło w swoje ręce niemal całą sferę gospodarki (przemysł, ogromna część rolnictwa, usługi), zwłaszcza gdy idzie o produkcję, ale także wymianę, podział dochodu społecznego, oszczędzanie, a nawet konsumpcję. W związku z tym stało się niemal jedyny właścicielem i wytwórcą dóbr gospodarczych, traktując relikty innych form własności jako swoją koncesję.
Co to jednak znaczy, że państwo jest jedynym właścicielem? Zapytajmy bardziej konkretnie: kto jest dysponentem dóbr gospodarczych? Otóż dyspozycja i zarządzanie dobrami znalazły się praktycznie w rękach wyższych i średnich urzędników, funkcjonariuszy administracji ogólnej i gospodarczej, a podstawą tej ich władzy nie był bynajmniej wybór ludu czy robotników, lecz nominacja, a dokładniej, rekomendacja ze strony organów wykonawczych rządzącej partii. Jest to, podkreślamy, nie tylko władza nad rzeczami, ale i nad ludźmi. Ponieważ podstawą rekomendacji są przeważnie racje polityczne, a nie kwalifikacje fachowe w dziedzinie techniki, ekonomii lub zarządzania, stąd nie tylko uzasadnienie decyzji, ale i sami decydenci pochodzą ze źródeł politycznych. Jest to bardzo dalekie od tego uzasadnienia posiadania, jakie usiłowaliśmy przedłożyć w dwóch poprzednich paragrafach tego rozdziału. W ten sposób nie tylko faktycznie, ale i systemowo gospodarowanie i sama instytucja własności zostały podporządkowane systemowi władzy, służą jej podtrzymaniu i umocnieniu ich podmiotowości osobistej.
Zniesienie zatem własności prywatnej i zastąpienie jej ogólnospołeczną (a tak naprawdę państwową), nie doprowadziło praktyce do realizacji tego, co określa się mianem „ideały socjalizmu”, a więc do dowartościowania człowiek pracy, a raczej do zaprowadzenia nowej formy feudalizmu, to znaczy powstania nowej warstwy ludzi („nowa klasa)”, która poprzez system rekomendacji otrzymuje faktycznie własność (jej dyspozycję) z nadania państwowego (partyjnego), tak jak monarcha nadawał niegdyś własność swoim zasłużonym wojom.
Różnica polega jedynie na tym, że obecni dysponenci i decydenci są wolni od odpowiedzialności gospodarczej (i innej) za straty i szkody społeczne, wynikłe z ich błędnych samowolnych lub podyktowanych prywatą decyzji, bowiem są one pokrywane przez ogół obywateli płacących podatki, źle wynagradzanych, cierpiących braki w zaopatrzeniu lub zwyczajnie okradanych poprzez druk banknotów powodujący inflację. Utrzymująca się deorganizacja rynku sprawia, że prowadzenie ścisłego rozrachunku gospodarczego jest niemożliwe, co dodatkowo utrudnia pociągnięcie tej grupy ludzi do odpowiedzialności za niszczenie gospodarstwa narodowego.
Zachodzi obawa, że dokładniejsza analiza porównawcza obecnego stanu organizacji naszego życia gospodarczego z feudalizmem wypadłaby na korzyść tego ostatniego; przywileje, jakimi cieszą się dzisiejsi „decydenci” w niczym nie ustępują przywilejom okresu feudalizmu. W tej sytuacji hamowanie wszelkich prób reform staje się w pełni zrozumiałe. Rodzi się tylko pytanie, co to ma wspólnego z socjalizmem?
W ten sposób nie tylko formuła „własność ogólno społeczna”, ale i określenie „własność państwowa” staje się fikcją, a nazywanie tzw. decydentów: „Właściciele Polski Ludowej” nie wydaje się być jedynie złośliwością. Nie ten, kto decyduje i dysponuje, nie ponosząc za to żadnej odpowiedzialności i ryzykując wyłącznie majątkiem, który jest przedmiotem dyspozycji.
Pierwszy etap reformy gospodarczej wbrew pozorom nie zmienił tego stanu rzeczy w sposób istotny i dlatego przeprowadzenie etapu drugiego musi napotkać niepokonalne trudności. Reforma w pierwszym etapie była po prostu za płytka, gdyż nie dosięgała istoty rzeczy – systemu własności. Słynna formuła „trzech S” pozostała w dużej mierze fikcją. Instytucja organu założycielskiego i zakres jego uprawnień, zachowanie zasady partyjnego namaszczenia dla dyrektorów (rekomendacja), obowiązujące zamówienia rządowe, wreszcie brak rynku i wymienialności pieniądza, oto główne bariery socjalizmu, bo bez zmiany istniejących stosunków własnościowych o socjalizmie nie może być mowy.
Wszystko to wydaje się dziś należeć do przeszłości. A jednak rozwiązanie sprawy własności wciąż napotyka trudne do zrozumienia przeszkody.

6. JAK ZATEM NALEŻY ROZWIĄZAĆ TEN PROBLEM?

Postulaty, które pragniemy sformułować nie dotyczą wszystkich wymienionych barier, ale jedynie zagadnienia własności, bo tej właśnie sprawie poświęcamy to rozważanie. Są tacy, którzy dostrzegają jedną tylko drogę: powrót do kapitalizmu. Nie podzielamy tego stanowiska, gdyż jest ono obce duchowni chrześcijańskiemu i sprzeczne z chrześcijańską koncepcją własności. Powrót ten nie byłby zresztą tak łatwy, ja mówią dokładnie, jak on powinien wyglądać.
Podtrzymujemy natomiast, wyjaśnianą już w naszych rozważaniach tezę, że w zdrowym, dobrze zorganizowanym społeczeństwie musi się znaleźć miejsce na pluralizm własnościowy i na rozumną swobodę działalności gospodarczej; powinna także istnieć całkowita swoboda działalności społecznej, kulturalnej, naukowej i religijnej. Wolność jest bowiem niepodzielna. W związku z tym należy rozwijać wszystkie omówione w tych rozważaniach formy własności w odpowiednich proporcjach, wynikających z uzasadnionych potrzeb miejsca i czasu. Stajemy przy tym na stanowisku, że nie jest zadaniem państwa prowadzenie działalności gospodarczej, powinno ono natomiast prowadzić mądrą politykę gospodarczą.
Reforma gospodarcza powinna więc zmierzać do uznania podmiotowości społecznej i gospodarczej każdego obywatela, rezerwując dla państwa działalność kontrolną i interwencyjną, jeżeli zachodzi taka potrzeba. W działalności interwencyjnej państwo powinno się posługiwać głównie ekonomicznymi metodami interwencji, np. działania na otwartym rynku. Metody te są zresztą powszechnie znane i powinny być stale modyfikowane. Usprawiedliwia to w pewnym zakresie poszerzanie działalności gospodarczej państwa.
Nie znaczy to jednak, że państwo może lub powinno zajmować się działalnością produkcyjną, handlową, finansową lub usługową na zasadzie wyłączności, zastępując inicjatywę i inwencyjność prywatną lub społeczną w tym zakresie. Może ją jedynie uzupełniać, jeżeli zachodzi taka istotna potrzeba.
Powiedzieliśmy, że już reforma w pierwszym etapie była zbyt płytka i dlaczego nie mogła być skuteczna. Nieskuteczność ta wynika z utrzymania wskazanych już błędów organizacyjnych, z barier rozwoju gospodarczego hamujących samą reformę, ale również stąd, że nie zmieniła ona istotnych elementów układu gospodarczego, a w konsekwencji nie wywołała żadnego entuzjazmu ze strony społeczeństwa, zwłaszcza pracowników zakładów, których miała dotyczyć. Przeciwnie, poczuli się oni po prostu oszukani; uznali nowo powstałe struktury za jeszcze jedną fasadę fałszywego socjalizmu.
Pogłębienie reformy winno iść, naszym zdaniem, w kierunku realizacji priorytetu pracy w stosunku do własności, to znaczy w kierunku uwłaszczenia pracujących w tym wypadku przekazania przedsiębiorstw wspólnotom pracowniczym. Własność jest służbą społeczną, którą wypełniają ci, co się nią posługują. Dlaczegóż więc pracownicy nie mieliby być właścicielami przedsiębiorstw, w których pracują, gospodarzami we własnym zakładzie pracy, skoro i tak ponoszą tak wielką część odpowiedzialności za wyniki. Reforma winna więc zmierzać do zaprowadzenia systemu współwłasności, współzarządzania oraz współudziału w zyskach, z zachowaniem funkcji kontrolnych państwa.
Wspólnota przedsiębiorstwa powinna więc cieszyć się pełnym samorządem w sprawach społecznych i gospodarczych. Ona, w sposób całkowicie demokratyczny, winna mieć prawo powoływania samorządu zakładowego i innych władz przedsiębiorstwa, łącznie z jego dyrektorem, który powinien być powoływany w drodze konkursu. Wspólnota, zgodnie ze swoimi przepisami statutowymi, ma prawo, przez odpowiednie organy bądź też w drodze referendum, podejmować decyzje nie tylko w sprawach planów produkcyjnych i spraw organizacyjnych, ale także w sprawach własnościowych (sprzedaży i nabycia dóbr kapitałowych), rozszerzenia działalności przedsiębiorstwa (nowe inwestycje) oraz jego przeprofilowania.
Łączy się z tym prawo pracowników (wedle ściśle ustalonych zasad) o udziału w zyskach lub do indywidualnego udziału we własności przedsiębiorstwa, zwłaszcza w wypadku samofinansowania (akcje). Przedsiębiorstwo wspólnotowe winno oczywiście, jak każde inne przedsiębiorstwo, móc zaciągać kredyty długoterminowe oraz rozprowadzać za pośrednictwem banków papiery wartościowe (obligacje), gwarantując swoim pracownikom priorytet w ich nabywaniu.
Należałoby zmierzać do tego, by w ustawie o przedsiębiorstwach prywatnych (indywidualnych i spółkowych, zwłaszcza w przypadku spółek akcyjnych) zagwarantować prawo pracowników do samorządu i udziału w zyskach, a w przypadkach samofinansowania także do udziału we własności przedsiębiorstwa.
Reforma powinna również przywrócić spółdzielniom ich samodzielności i należność, zgodnie z zasadami spółdzielczości. Spółdzielnie produkcyjne należałoby zapewne przekształcić w przedsiębiorstwa wspólnotowe. Odnowy wymaga spółdzielczość spożywców, ale to zagadnienie nie wiąże się bezpośrednio ze sprawami własności. To, co powiedzieliśmy o przedsiębiorstwach państwowych, odnosi się także do państwowych gospodarstw rolnych.
Najważniejszym jednak i najpilniejszym zadaniem jest odbudowa podmiotowości człowieka w środowisku społeczno-gospodarczym, w szczególności zaś pracownika w systemie produkcyjnym. Podstawową konsekwencją tej podmiotowości jest nie tylko powszechne prawo o użytkowania dóbr materialnych i zaspokojenia potrzeb gospodarczych, lecz także powszechne, czyli przysługujące każdej osobie ludzkiej, prawo do posiadania własności, dysponowania dobrami materialnymi, przy czym pierwszeństwo w realizacji tego prawa powinni mieć – jak to staraliśmy się dowiedzieć – ci którzy posiadają odpowiednie kwalifikacje i dzięki nim, poprzez pracę, przyczyniają się do odkrycia i wzrostu wartości dóbr materialnych.
Drugą konsekwencją podmiotowości gospodarczej jest wolność jego udział w odpowiedzialności. Każde podjęcie pracy winno być wolnym, choć uwarunkowanym zobowiązaniem, co wyklucza nie tylko użycie siły lub bezwarunkowego nakazu, ale także wszelkie formy wyzysku, osiąganego przez nacisk fizyczny lub psychiczny, posługiwanie się fałszywą informacją lub manipulacją.
Pracownik zawierający umowę o pracę rezygnuje oczywiście w jakimś stopniu ze swej niezależności, bo wchodzi w skład systemu, który wymaga precyzyjnego wykonywania pewnych dyrektyw organizacyjnych i technologicznych, idzie jednak o to, ażeby ta zależność nie wykracza poza niewątpliwie wymogi dobrej, a nie złej dyscypliny organizacyjnej. Zła organizacja to nie tylko taka, która nie sprzyja rozwojowi człowieka i ogranicza jego udział w doskonaleniu siebie oraz systemu, w jakim pracuje, to znaczy pozbawia go inicjatywy. Należy tu też wspomnieć o odpowiedzialności tych, którzy uwłaszczają godności ludzi pracy właśnie przez karygodne błędy w zarządzaniu, prowadzące nie tylko do marnotrawstwa środków, lecz także wysiłków i ofiar ludzi traktowanych jako „siła robocza”, jak rzecz, którą się można posługiwać w zupełnie dowolny sposób.
Przywołujemy tu znane rozważanie między przedsiębiorstwem jako wspólnotą społeczno-ekonomiczną a zakładem pracy jako wspólnotą społeczno-organizacyjną. Przedsiębiorstwo może posiadać wiele zakładów pracy, które są odrębnymi ciałami społecznymi, stanowiąc równocześnie część wspólnoty przedsiębiorstwa. Stajemy oczywiście na stanowisku priorytetu elementu ludzkiego we wszystkich systemach ekonomicznych i dlatego zmierzamy do wydobycia i ukazania wspólnotowego charakteru każdego z tych systemów.
Przez wspólnotę rozumie się dość powszechnie każdą grupę ludzi o wielorakiej więzi, rozległym wachlarzu zadań oraz szerokim zakresie świadomości zjednoczenia grupowego (poczucie „my”). Taka więź wspólnotowa kształtuje się, pomimo niesprzyjających okoliczności, w każdym dobrze zarządzanym zakładzie produkcyjnym; taką wspólnotą powinno być także przedsiębiorstwo, chyba że będzie to przedsiębiorstwo jednoosobowe.
Co łączy ze sobą ludzi w zakładzie pracy? Wchodzi tu w grę świadomość współdziałania, częstość kontaktów międzyosobowych, swego rodzaju wspólnota losu, wspólne zainteresowania i interesy, świadomość systemu organizacyjnego (jego walorów i braków), faktyczne „funkcjonowanie w tym systemie”, z systemem produkcyjnym, wspólne uroczystości i imprezy, wreszcie współuczestnictwo w szerokim zakresie tych samych wartości.
Jest także szereg okoliczności, które oddziaływują tu jedynie fakultatywnie, o znaczy pod warunkiem dobrego funkcjonowania zakładu. Do takich należy przede wszystkim satysfakcja ze wspólnych osiągnięć i dokonań, ocena wartości, które zakład realizuje i celów, którym służy, szanse osobistych osiągnięć pracowników, poczucie solidarności z kierownictwem, świadomość posiadania zaplecza społecznego, poczucie bezpieczeństwa, wzajemne zaufanie, szansa na zrozumienie i pomoc w trudnościach życiowych itp. Ukształtowaniu się więzi sprzyja oczywiście stałość i kompetencja załogi oraz troska kierownictwa o całą wspólnotę.
Brak tej więzi musi wcześniej czy później doprowadzić do demoralizacji załogi, a w dalszej konsekwencji do dekompozycji całego układu. Jeżeli ludzie pracujący przez dłuższy czas w tym samym zakładzie pozostają sobie wzajemnie obcy, a nawet wrodzy, to należy się spodziewać, że będą pracowali źle, spychali swe zadania na innych, uchylali się od odpowiedzialności, snuli intrygi itd.. W tej sytuacji nie będzie można mówić o postępie, innowacjach, doskonaleniu organizacji pracy itp. Jeżeli sam system będzie tak skonstruowany, że regułą stanie się nieufność, ustawienie ludzi przeciwko sobie, okrywanie wszystkiego tajemnicą i posługiwanie się szantażem, to jego rozkład będzie tym szybszy i głębszy.
Przyjmując założenie, że zakład pracy jest wspólnotą, będziemy musieli w konsekwencji obdarzyć go pewnym zakresem samorządności i to także wtedy, gdy z formalnoprawnego punktu widzenia będzie on własnością przedsiębiorstwa prywatnego. Zakresu tej samorządności nie da się z góry określić i właściwie powinien on być zróżnicowany, w zależności od specyfiki całego układu. Dość łatwo jednak w oparciu o zdrowe zasady dobrej organizacji wyodrębnić taki zakres spraw, o których powinna decydować lub współdecydować wspólnota zakładu pracy bez uszczerbku, a nawet z korzyścią dla kierowania przedsiębiorstwem. W zależności od okoliczności należy również poszukiwać rozstrzygnięcia problemu, czy i w jaki sposób wspólnota pracy mogłaby być reprezentowana we władzach przedsiębiorstwa nawet wtedy, gdy członkowie tej wspólnoty nie są akcjonariuszami przedsiębiorstwa.
Więź wspólnotowa zakładu pracy jest o tyle niepełna, że nie obejmuje ona elementów czysto ekonomicznych. Ludzie pracujący w zakładzie pracy, który nie jest w żadnej formie ich własnością, są zawsze „na obcym”, albo tylko częściowo u siebie. Wspólnota zakładu pracy winna zatem znaleźć swoje dopełnienie we wspólnocie przedsiębiorstwa. Na decyzję czeka więc przede wszystkim problem własności. Nie ma żadnej racji, która przemawiałaby przeciw temu, ażeby pracownicy stali się współwłaścicielami przedsiębiorstw, w których pracują.
Przedsiębiorstwo działające na zasadach ekonomicznych w określonej sytuacji gospodarczej zmierza, z natury rzeczy, do osiągania jak największych korzyści ekonomicznych, ale musi także uznawać racje dobra wspólnego. Winno być organizowane w oparciu o zasadę samodzielności i wspólnotowości, a więc jako samodzielny i odpowiedzialny podmiot działania, funkcjonujący zgodnie z zasadą (jak to nazywamy) „trzech W”, to znaczy współwłasności, współzarządzania i współudziału w zyskach. W systemie realizacyjnym te trzy zasady winny być ściśle ze sobą powiązane, a ich wprowadzenie w życie musi być stopniowe i rozważne.
Nie znaczy to, że wszystkie dotychczas istniejące przedsiębiorstwa państwowe należy mechanicznie przekształcić w spółki akcyjne z udziałem wszystkich pracowników. Sprawa jest przecież wielorako złożona i nie ogranicza się tylko do aspektów ekonomicznych czy organizacyjnych. Należy chyba zgodzić się z tym, że proces nacjonalizacji sprzed lat czterdziestu wiązał się z krzywdą właścicieli, którą należy zapewne jakoś naprawić, ale musimy także zgodzić się z tym że długoletni i zasłużeni pracownicy tych przedsiębiorstw mają prawo do udziału w ich własności, i w szczegółowych rozwiązaniach brane pod uwagę. Sprawa jest trudna i poszukiwanie jednolitych i schematycznych rozwiązań byłoby niewątpliwie błędem, ale błędem jest chyba również prowadzenie nie kończących się dyskusji i odkładanie sprawy „ad Kalendas graecas”.
Chcemy natomiast wrócić do problemu współposiadania (w różnych jego formach) oraz do jego społecznych i organizacyjnych konsekwencji. Pierwszą konsekwencją współposiadania jest współzarządzanie. Nie należy tego mieszać z samorządem zakładowym, choć w przedsiębiorstwach jednozakładowych sprawy te mogą się jakoś zazębiać, co nie znaczy że się utożsamiają. Drugą konsekwencją jest współudział w zyskach z tytułu posiadania, którego nie należy mylić z udziałem pracownika w zyskach z tytułu pracy, co również postuluje się w katolickiej nauce społecznej.
To wszystko przyczynia się do poszerzania zakresu identyfikowania się pracowników z przedsiębiorstwem i wpływa korzystanie na sposób jego funkcjonowania oraz jego efektywność ekonomiczną. Należy się spodziewać, że na zasadzie sprzężenia zwrotnego spowoduje to poszerzenie się celów życiowych realizowanych w powstałej w ten sposób kombinacji wspólnot, czyli w przedsiębiorstwie i jego zakładach. Ma to także szanse stać się poważnym czynnikiem stabilizacji społecznej.
Umacnianie się wspólnot wytwórczych może jednak budzić zrozumiałe zastrzeżenia z punktu widzenia dobra ogólnego. Słyszy się przecież każdego dnia narzekania na monopole wytwórców. Zakładamy, że przedsiębiorstwa, o których mowa, będą działały w ramach normalnej gospodarki rynkowej, a ich szanse będą zależały od tego, czy dzięki dobremu gospodarowaniu potrafią znaleźć swoje miejsce w rynkowej gospodarce wymiennej.
Gospodarka rynkowa nie musi jednak oznaczać braku jakiejkolwiek interwencji, byle tylko była ona słuszna i celowa, prowadzona w oparciu o dobrą znajomość mechanizmów rynkowych. Do takiej interwencji powołane jest przede wszystkim państwo, choć mogą ją przeprowadzić lub w niej uczestniczyć także instytucje ponadpaństwowe, oczywiście za zgodą odnośnych państw. Udział w kontroli rynku mogą mieć także instytucje samorządu społeczno-gospodarczego (korporacje społeczno-gospodarcze).
Przekonanie bowiem, że mechanizmy rynkowe są w sanie automatycznie regulować całość życia gospodarczego i mechanicznie zaprowadzić sprawiedliwość jest mitem, podobnie jak mitem okazało się twierdzenie, że państwo, głównie przy pomocy środków administracyjnych, jest w stanie bezbłędnie regulować procesy gospodarcze i zapewnić wszystkim dobrobyt. Nie ulega wątpliwości, że wielkie i dobrze zorganizowane przedsiębiorstwa-giganty, dysponujące licznymi środkami nacisku gospodarczego i manipulacji, są w stanie zdominować kształtowanie się potrzeb i uzależnić od siebie znaczne obszary rynku ze szkodą dla dobra wspólnego, a także rozwoju i bezpieczeństwa szerokich rzesz społeczeństwa.
Dobro wspólne wymaga zatem istnienia społecznych mechanizmów kontrolnych, których zadaniem byłaby analiza i kształtowanie potrzeb oraz dróg ich zaspakajania, a także czuwanie nad dyspozycją zasobami surowcowymi i energetycznymi, zgodnie z głównymi trendami rozwoju gospodarczego. Potrzeba tego rodzaju rozwiązań jest niewątpliwa jeżeli mamy się w jakimś stopniu zbliżyć do własnośći. Idzie o zachowanie nie tylko proporcji rozwojowych, ale przede wszystkim postulatu służebnej roli własności i całego systemu gospodarowania w stosunku do człowieka i jego potrzeb. Poza tym idzie także o podkreślenie służebnej roli każdego przedsiębiorstwa. Jakkolwiek bowiem do osiągania swojch celów potrzebuje ono rozległej autonomii i jako system, nastawione jest głównie na osiąganie zysku, to jednak nigdy nie przestaje być cząstką rozleglejszego systemu ekonomiczno-społecznsego i musi wypełnic służebną rolę w stosunku do dobra całości.
Dobra całości, czyli dobra wspólnego nie można zrozunieć ani określić jeśli nie uwzględnia się dobra osoby ludzkiej, to znaczy każdego człowieka.

Opublikowane jako: Socjologia — andrzej @ 09:03

© Copyright 2008 - Dolnoslaska Grupa Wspierania Biznesu. Wszelkie prawa zastrzeżone.

artykuły biznesowe Kontakt biznes i finanse faktura