Józef Majka - Jaka Polska cz 8 - Aktualne sprawy wsi i rolnictwa
„Niechże rolnictwo polskie wyjdzie z wieloletniego zagrożenia i przestanie być skazane tylko na walkę o przetrwanie. Niech doznaje wszechstronnej pomocy ze strony państwa. Wiele zniekształceń życia wiejskiego znajduje swe źródło w podrzędnym statusie rolnika, jako pracownika i jako obywatela”.
Te słowa Papieża są brzemienna przede wszystkim głęboką troską o ludzi pracujących na wsi i wytwarzających żywność dla całego kraju, ale brzmi w nich także oskarżenie o to, że rolnicy indywidualni są w tym kraju po prostu uciskani, nie mogąc korzystać z równych praw pracownika i obywatela i z należnej im pomocy w ich ciężkiej pracy. Więcej nawet, jest tu mowa o zagrożeniu takiego stopnia, iż konieczna jest walka o przetrwanie. Chodzi tu o trwające od wielu lat zagrożenie egzystencjalne. Ta troska skłania więc Papieża do podniesienia alarmu.
Może zatem warto zastanowić się nad tym, jakie są źródła i charakter tego zagrożenia, ale także zapytać, czy Kościół ma jakiś program dla rolnictwa na dziś i na jutro. Jeżeli bowiem należy podjąć walkę o przetrwanie, to trzeba wiedzieć w jakiej formie miałoby ono przetrwać. Przecież w dziedzinie rolnictwa dokonały się i dokonują tak wielkie zmiany, żę w niektórych krajach mówiło się o tzw. zielonej rewolucji. Rolnictwo polskie z powodu licznych i różnorodnych trudności nie dotrzymywało i nie dotrzymuje nadal kroku tym przemianom, ale nie może przecież zamykać na nie oczu, nie może nie dostrzegać tego wszystkiego, co je warunkuje.
1. MEANDRY POLITYKI WOBEC ROLNICTWA
Mówimy o polityce wobec rolnictwa, a nie o polityce rolnej, bo ta ostatnia oznacza troskę o jego rozwój, podczas gdy polityka wobec rolnictwa w ostatnim czterdziestoleciu rzucała mu raczej kłody pod nogi; zmierzała wszak do kolektywizacji, a w dalszej perspektywie do umocnienia struktur totalitarnej władzy państwowej.
Zaczęło się od reformy rolnej, ściślej, od parcelacji majątków obszarniczych. Celem tej operacji, przeprowadzonej w warunkach całkowitego prowizorium („sznurkiem, metrem, krokami”) było, jak się mówiło, „umocnienie sojuszu robotniczo-chłopskiego”, to znaczy próba przekonania chłopa do władzy za cenę majątków obszarniczych. Nie dbano przy tym o tworzenie zdrowych, samodzielnych gospodarstw chłopskich; tym, którzy mieli mało, dano trochę, ażeby mieli więcej, tym zaś, którzy nie mieli nic, dano za mało, ażeby mieli trochę i łatwiej potem przystępowali do spółdzielni produkcyjnych, nie zawsze wiedząc, jak na tym „trochę” gospodarować. Cała operacja opierała się na założeniu, że przedwojenny głód ziemi na wsi jeszcze nie wygasł, i że w ten sposób będzie można uzyskać poparcie chłopów w pierwszych miesiącach i latach umacniania władzy, a nawet walki o nią .
Zdrową reformę rolną należało oczywiście przeprowadzić planowo, w połączeniu z melioracją, komasacją i klasyfikacją gruntów, przy uruchomieniu odpowiednich, tanich i długoterminowych kredytów na zagospodarowanie, z perspektywą stworzenia sieci samowystarczalnych, średnich gospodarstw rodzinnych. W interesie władzy komunistycznej nie leżało jednak popieranie tendencji agrarystycznych, ani nawet preferowanie rolnictwa, bo stawiała na industrializację kraju i postanowiła czynić to właśnie kosztem rolnictwa. Decydowały o tym nie tylko racje gospodarcze, lecz przede wszystkim racje ideologiczne i polityczne. Celem była proletaryzacja społeczeństwa, a nie tworzenie niezależnych, opierających się na indywidualnej własności ziemi sił społecznych, które kiedyś mogłoby zagrozić władzy ludowej. Parcelacja była więc jedynie polityką pierwszego etapu przejmowania władzy.
Drugi etap tej polityki cechuje nacisk w kierunku kolektywizacji, która napotyka opór ze strony tych zwłaszcza rolników indywidualnych, którzy ziemię odziedziczyli po swoich przodkach. Napięcie, jakie w związku z tym zaczęło narastać, miało nie tylko doraźne, ale i długofalowe następstwa. Śmierć Stalina i Bieruta oraz przemiany tzw. Polskiego Października uchroniły wieś polską od sytuacji dramatycznych i przyczyniły się do zahamowania, a nawet cofnięcia rozpoczętego procesu kolektywizacji. Nie jest do tej pory jasne, czy autorzy polityki wobec rolnictwa opracowali w szczegółach plany kolektywizacji polskiej wsi i jak wyobrażali sobie „likwidację kułactwa” w naszym kraju. Pozostawmy to na razie historykom.
Trzeci etap rozpoczyna się w atmosferze „Polskiego Października”, kiedy to dokonała się spontaniczna likwidacja ogromnej większości istniejących już rolniczych spółdzielni produkcyjnych. Władze cofnęły się przed faktem, ale nie musiało to znaczać i nie oznaczało całkowitej rezygnacji z planów kolektywizacji, ani nawet zaakceptowania bez zastrzeżeń systemu gospodarki chłopskiej na wsi. Sprawa została odłożona, czy może dokładniej, rozłożona w czasie i miała być rozwiązana przy pomocy procesów „spontanicznych”, wspieranych jednak przez politykę państwa w stosunku do chłopskich gospodarstw indywidualnych.
Tym się tłumaczy fakt, że władze rolne nie tylko nic nie robiły, ażeby umacniać indywidualną gospodarkę rolną, ale w wielu wypadkach, a nawet w całej polityce popierania gospodarki kolektywnej, stwarzały chłopom szczególnie trudne warunki gospodarowania. Dotyczyło to zaopatrzenia rolnictwa, jego mechanizacji, cen skupu, systemu podatkowego, przepisów dotyczących obrotu ziemią, infrastruktury technicznej i socjalnej, zasad ubezpieczeń społecznych itp., itd.
Idzie jednak także i o to, w jaki sposób ogólne procesy społeczne, ekonomiczne i kulturalne oraz ogólna polityka państwa socjalistycznego oddziaływały na sytuację wsi. W czasie, gdy we wszystkich krajach rozwiniętych rolnictwo znalazło się pod specjalną ochroną, u nas było ono w sposób szczególny i celowo traktowane po macoszemu. Liczono na to, że dokonujące się i szczególnie popierane, a nawet forsowane procesy industrializacji i urbanizacji zaważą w taki sposób na sytuacji wsi, że kolektywizacją okaże się koniecznością.
Procesy te, dokonywane dość gwałtownie, motywowane częściej racjami politycznymi, a nawet ideologicznymi niż ekonomicznymi, były przeprowadzone w znacznej mierze kosztem rolnictwa. Idzie nie tylko o koszty finansowe, ściśle gospodarcze, ale także o koszty moralne (lekceważenie rolnictwa) oraz o to, że działo się to ze szkodą dla zasobów ludzkich ograniczenie związanych z rolnictwem.
Ucieczka ludności ze wsi do miast jest w krajach uprzemysłowionych zjawiskiem powszechnym; łączy się to ze spadkiem ogólnego zatrudnienia w rolnictwie, co jest zjawiskiem naturalnym, jednak odejście z rolnictwa młodych i zdolnych ludzi musiało je postawić wobec określonych trudności, i w dalszej konsekwencji zmuszało rolników nie mających następców na swych gospodarstwach do przekazywania ich na rzecz państwa. Stanowiło to jakąś drogę do kolektywizacji, choć nie była to bynajmniej droga prosta i bezpośrednia. Wiele takich gospodarstw z konieczności leżało potem odłogiem czekając na zagospodarowanie, choćby dlatego, że były to zbyt małe areały, by można było je wykorzystać w gospodarstwach kolektywnych.
Polityka władz rolnych zmierzała do przyśpieszenia tego procesu, ale tradycyjne przywiązanie chłopa do ziemi, a nieraz i potrzeba pomocy młodym w mieście (z powodu zbyt niskich zarobków), stanowiły jego hamulce. Wynik jest taki, że znakomita większość wiejskich gospodarstw indywidualnych opiera się jeszcze temu naciskowi, ale w oporze tym przekroczyły już dawno granice ekonomicznej opłacalności, a wiele z nich zbliżyło się do granic wytrzymałości egzystencjalnej. Innymi słowy, są one już od dawna nierentowne, a w niedługim czasie utracą wszelkie szanse istnienia.
Społecznym skutkiem tej długotrwałej polityki jest ujawniające się coraz wyraźniej, choć przez wiele lat zamilczane, poczucie krzywdy mieszkańców wsi. Wiele już w ostatnich latach, a zwłaszcza miesiącach na ten temat powiedziano, a więc nie ma potrzeby tego powtarzać. Mówi się o trudnych warunkach mieszkaniowych, ciężkiej fizycznej pacy rolnika, braku odpowiednich, dostosowanych do jego potrzeb urządzeń mechanicznych, o cenach skupu i podatkach, o wysokich cenach środków produkcji (narzędzia, nawozy, materiał siewny, pasze itp.), o komunikacji, wodzie, węglu, gazie, elektryfikacji dla rolnictwa, ale także o biurokracji, arogancji urzędników i degradacji społecznej rolnika. Lista narzekań i oskarżeń jest bardzo długa.
Na te wszystkie „błędy i wypaczenia” w stosunku do wsi należy jednak spojrzeć nieco szerzej- nie tyko w skali polityki wiejskiej, ale także w wymiarach stosunku do narodu i państwa. Idzie o zaprzestanie dyskryminacji ciągle jeszcze największych grupy społecznej, jaką są rolnicy indywidualni, ani także o gruntowną naprawę całej polityki społecznej i gospodarczej. Trzeba naprawić nie tylko trwającą przez całe dziesiątki lat gospodarczą krzywdę chłopów, dokonaną w imię czysto teoretycznej, ideologicznej zasady kolektywizacji, i porzucić bezsensowny, a nawet zbrodniczy plan likwidacji rolnictwa indywidualnego; trzeba także uratować możliwie jak najwięcej z niezmiernie bogatej i mającej za sobą całe wieki rozwoju chłopskiej kultury gospodarczej, społecznej i religijnej. Trzeba wreszcie dostrzec i uznać, że polityka ostrej i gwałtownej industrializacji rozpoczynanej od „podstaw” to znaczy od przemysłu ciężkiego, była błędem i przyniosła ogromne szkody społeczne, kulturalne i gospodarcze, a nade wszystko wymagała ogromnych ofiar.
Trzeba przyjąć do wiadomości, że polityka ta, w połączeniu z gwałtownymi procesami urbanizacji, przyczyniła się do zachwiania także podstawami przemysłu. Ten ostatni nie może przecież rozwijać się bez końca kosztem rolnictwa (także po jego zniszczeniu). Nie zdołano na skutek tego zbudować zdrowego przemysłu i stworzono swego rodzaju podstawy destabilizacji społecznej, Zważywszy na niepewny los rosnącej liczby emerytów i rencistów, na wzrastający z dnia na dzień głód mieszkaniowy, obejmujący zapewne setki tysięcy młodych małżeństw, a także na nikłe perspektywy życiowe milionów młodych ludzi. Są to sprawy wszystkim bardzo dobrze znane i ich przypominanie jest powtarzaniem banałów, ale to wcale nie znaczy, że dotarły one do świadomości wszystkich, a tym bardziej, że z tych stwierdzeń wyprowadza się właściwe wnioski.
Rzecz w tym, że naprawę należy rozpoczynać od największego błędu, od jego źródeł, czyli w tym wypadku od rolnictwa i wsi. Przyznanie priorytetowej rangi wyżywieniu narodu nie musi jeszcze oznaczać i zapewne nie oznacza programu odbudowy wsi. Oznacza to jednak, że potrzeba takiego programu jest paląca.
2. O INTEGRALNY PROGRAM DLA WSI
Program taki nie może dotyczyć samej tylko wsi, będzie bowiem wymagał pewnych przemian o ogólniejszym charakterze. Rzutuje on nawet na niektóre zasady ustrojowe, bo przecież cały konflikt między wsią a władzą miał ustrojowy charakter. Nie może to być jedynie próba powrotu do przeszłości, bo przecież historia się nie cofa , a ponadto trzeba przyznać, że nigdy nie mieliśmy w Polsce zdrowego, a w każdym razie wzorowego rolnictwa indywidualnego i dlatego przez całe dwudziestolecie międzywojenne poszukiwano dróg jego reformy, a nawet starano się tę reformę realizować, choć napotykała ona niemałe i wielorakie trudności. Do tych doświadczeń należy zapewne nawiązać, tak jak warto również zaglądać do programów dla rolnictwa, przygotowanych w czasie wojny. Żadne doświadczenie i żaden rzetelny dorobek myślowy nie powinien być pomijany, lecz krytycznie oceniony i wykorzystany w takim zakresie, w jakim nie stracił na swej wartości i aktualności. Dotyczy to także doświadczeń ostatnich dziesięcioleci.
Jan Paweł II w cytowanej już homilii odwołuje się do słów przywódcy chłopów Wincentego Witosa a potem konkluduje: „Dlaczego też model chłopa lub chłopa-robotnika pracującego z małym skutkiem ponad siły, winien być zastąpiony modelem wydajnego i niezależnego producenta, świadomego i umiejącego korzystać nie gorzej niż inni z dóbr kultury, i zdolnego do jej pomnażania”. W tym krótkim zdaniu mieści się jakiś szkic programu, w którym eksponowana jest niezależność, świadomość własnej tożsamości i prawo dostępu do dóbr kultury i techniki, jako warunek twórczości i wydajności w zakresie ekonomicznym i kulturowym.
Nie jest to szczegółowy program reform, ale też nie jest zadaniem nauczania kościelnego opracowywanie szczególnych i konkretnych programów przemian społecznych a zwłaszcza gospodarczych. Podkreśla to za Pawłem VI Jan Paweł II, stwierdzając, że nie należy oczekiwać od Kościoła „technicznych rozwiązań niedorozwoju”.
Nie znaczy to, że w nauczaniu Kościoła nie znajdujemy podstaw do opracowywania takich programów, a nawet pewnych szczegółowych rozwiązań. Kilka lat temu Stefan Bratkowski powiedział, że właściwie nie potrzebujemy żadnego nowego programu dla rolnictwa, bo taki program można znaleźć w encyklice Jana XXIII Master et Magistra. Jest to w tym wiele racji, bo rzeczywiście można w niej znaleźć co najmniej ogólne wytyczne takiego programu. Przypominamy jednak, że encyklika ogłoszona około 30 lat temu i zaadresowana do całego świata nie może uwzględniać naszej specyfiki społeczno-gospodarczej dnia dzisiejszego. Wymaga zatem ponownego odczytania w kontekście tych przemian i zróżnicowań. Sam jednak zrąb problematyki jest nadal aktualny, zwłaszcza że nasze rolnictwo niewiele posunęło się naprzód przez tych 30 lat, a niektóre problemy jeszcze się zaostrzyły. Nie znane są nam jeszcze (nie wzmiankowane także w encyklice) problemy nadrozwoju rolnictwa krajów gospodarczo zaawansowanych.
Przypomnijmy więc główne linie tego programu. Jan XXIII porusza to zagadnienie w kontekście niedożywienia ludzkości i zaznaczającego się w owym czasie, w całym niemal świecie, niedorozwoju rolnictwa; zjawisko to miało tendencję do pogłębianie się w związku z faktem ucieczki ludności ze wsi do miast. Proces ten nie był podyktowany tylko wzrostem wydajności pracy w rolnictwie (choć i taki jego wymiar może być brany pod uwagę), ale właśnie uciążliwością tej pracy, jej małą wydajnością, a przede wszystkim atrakcyjnością( często złudną) życia w mieście.
Papież zaleca przedsięwzięcie środków zmierzających do zahamowania tego procesu, bo widzi w tym warunek rozwoju rolnictwa. Pierwszym z tych środków winna być budowa społeczno-kulturalnej infrastruktury wsi, to znaczy stworzenie takich warunków życia i pracy na wsi, które nie byłyby gorsze niż w mieście; aby pozostawianie na wsi nie oznaczało społecznej, gospodarczej i kulturalnej degradacji. Domaga się więc Papież zapewnia mieszkańcom wsi możliwość korzystania z podstawowych „urządzeń użyteczności publicznej takich, jak np. sieć dróg, środki transportu, urządzenia łączności, zdrowa woda do picia, mieszkania, opieka zdrowotna i leki, szkoły podstawowe, techniczne i zawodowe, warunki sprzyjające wypełnianiu praktyk religijnych, rozrywki kulturalne, wreszcie wyposażenie domów wiejskich w wymagane współcześnie estetyczne sprzęty i nowoczesne instalacje”.
Przyczyną ucieczki ludzi od rolnictwa w naszym kraju są także nie wyjaśnione do końca sprawy stosunków własnościowych na wsi. Papież nie pisze o tym, bo encyklika, jak to wynika z wypowiedzi na innym miejscu, opowiada się pryncypialnie za ochroną własności prywatnej i swobodą posiadania środków produkcji, a choć nie optuje wyraźnie za określoną strukturą gospodarstw rolnych, to jednak przytacza opinię tych, którzy „czy to w oparciu o zasady samego prawa naturalnego, czy tym bardziej w świetle zasad chrześcijańskich, uznają sobie na wzór wspólnoty ludzkiej, to jest takiej, w której i wzajemne stosunki członków i sama organizacja gospodarstwa byłyby zgodne z nakazami sprawiedliwości oraz wskazówkami nauki chrześcijańskiej”. Z bliższego i dalszego kontekstu wynika, że dla Papieża gospodarstwo rodzinne to, rzecz jasna, gospodarstwo własnościowe. W kontekście jednak rzeczywistości naszego kraju należy wyraźnie podkreślić, że wyjaśnienie stosunków własności, rezygnacja z tendencji do kolektywizacji, swoboda obrotu ziemią i określenie prawa jej dziedziczenia stanowiłoby ważny hamulec dla procesu porzucania gospodarstw rolnych i ucieczki do miasta.
Za bardzo ważne zagadnienie uważa Jan XXIII sprawę technicznego rozwoju rolnictwa. Papież nie zna jeszcze terminu „zielona rewolucja”, ale idzie mu właśnie o takie współdziałanie nauki, techniki, przemysłu z rolnictwem, które przyczyniłoby się do wyrwania go z zacofania i niedorozwoju, doprowadziło do wzrostu jego wydajności i do przebudowy jego struktury. Widzi to zagadnienie w dwóch wymiarach: w skali globalnej jest to problem wyżywienia nie tylko poszczególnych krajów, ale także całej ludzkości; natomiast w skali poszczególnych krajów jest to zagadnienie proporcji rozwojowych poszczególnych sektorów życia gospodarczego: rolnictwa, przemysłu i usług. Jedną z głównych tez encykliki jest właśnie teza o nierównomierności rozwoju nie tylko gospodarczego, ale także społecznego i kulturalnego. Ściśle więc współdziałanie nauki i techniki oraz dostosowanie przemysłu do potrzeb rolnictwa zarówno gdy idzie o metody upraw rolnych oraz hodowli, jak i o przetwórstwo produktów rolnych, jest niezbędnym warunkiem postępu rolnictwa oraz zapewnienia światu dostatecznych środków wyżywienia.
Sytuacja rolnictwa jest tego rodzaju, że wymaga ono, zwłaszcza w niektórych krajach i okresach czasu, szczególnej ochrony, choćby dlatego, że nie zawsze efekty wysiłków i działań są tu zależne od człowieka i jego zapobiegliwości. Dotyczy to zarówno efektów ilościowych, jak i ściśle ekonomicznych. Można bowiem mówić nie tylko o klęsce nieurodzaju, ale także o trudnościach z nadmiarem. Zadaniem państwa jest więc prowadzenie rozumnej i sprawiedliwej polityki rolnej. Dotyczy to najpierw polityki podatkowej, która powinna być sprawiedliwa i racjonalna, bo może stać się narzędziem zarówno promocji, jak i hamowania rozwoju, a nawet niszczenia gospodarki rolnej.
Narzędziem promocji gospodarki rolnej i jej unowocześnienia są tanie kredyty, uwzględniające powolniejszy aniżeli w przemyśle cykl rozwoju produkcji rolnej. Instytucje finansujące rolnictwo winny zatem uwzględnić zarówno potrzeby, jak i możliwości rolników w tym zakresie.
Trzecia bardzo ważna sprawa to systemy ubezpieczeń dla rolnictwa. Idzie tu o dwa zupełnie odrębne systemy: ubezpieczenia społeczne. Te dwa rodzaje ubezpieczeń mają na celu zabezpieczenie osób pracujących w rolnictwie i żyjących z niego oraz ich dochodów, a także zabezpieczenie samej substancji gospodarstwa rolnego, jako podstawy przetrwania i dalszego rozwoju.
Łączy się z tym problem miejsca rolnictwa w ogólnym systemie gospodarczym; encyklika opowiada się w zasadzie za gospodarką rynkową zarówno w zakresie cen płodów rolnych, jak i artykułów przemysłowych potrzebnych do prowadzenia gospodarki rolnej, ale to nie oznacza braku możliwości lub potrzeby ochrony rolnictwa poprzez odpowiednią kontrolę rynku. Potrzeba tej kontroli wynika stąd, że ochrony wymaga także konsument, który nabywa przede wszystkim artykuły żywnościowe. Przedmiotem owej kontroli jest nie tylko państwo, ale także sami rolnicy (zrzeszenia rolników) oraz inne podmioty społeczno-gospodarcze (związki zawodowe, zrzeszenia konsumentów itp.). osobne zagadnienie, którym się tu nie zajmujemy, to sprawa metod tej kontroli; wspomnijmy jedynie, że dziś preferuje się raczej ekonomiczne niż administracyjne metody interwencji gospodarczej (np. ograniczenie podaży zamiast ustanowienia cen minimalnych, dotacje zamiast cen maksymalnych itp.).
Ważnym środkiem pomocy rolnictwu jest troska o tworzenie i rozwój różnego rodzaju instytucji pomocniczych współdziałających z rolnikami. Idzie o instytuty naukowo-badawcze, przedsiębiorstwa wdrożeniowe, zakładały przemysłowe współpracujące z rolnictwem, wreszcie o szeroki wachlarz różnego rodzaju zrzeszeń, stowarzyszeń i instytucji o charakterze gospodarczym, społecznym, samopomocowym, spółdzielczym, kulturalnym i religijnym. Praca na roli bowiem stwarza człowiekowi szczególne środowisko życia, w którym kształtuje się osobowość każdego z pracowników, rozwija się życie rodzinne, wspólnoty sąsiedzkie oraz szczególny klimat kulturowy, dziedziczony z pokolenia na pokolenie. W tym sensie jest ona nie tylko działalnością wytwórczą, ale szczególnym powołaniem społecznym.
Encyklika opowiada się za zróżnicowaną strukturą rolnictwa. „Nikt nie może sam ustalić – pisze Papież – jaka jest najwłaściwsza struktura gospodarstw rolnych”. Zależy to od okoliczności miejsca i czasu, a także od tradycji i typu gospodarstwa, rodzaju jego produkcji, ogólnej jego struktury gospodarczej kraju itp.
Ten ogólny program zawarty w encyklice dotyka jedyni zasadniczych problemów i ukazuje najważniejsze kierunki ich rozwiązywania. Opiera się przy tym na zasadach, które uważa za nienaruszalne, ale odwołuje się także do faktów, gdyż jest to warunkiem realizmu społecznego i gospodarczego. Ukazuje miejsce rolnictwa w gospodarstwie społecznym i jego znaczenie w realizacji dobra wspólnego. Wskazując na konieczność współdziałania między rolnictwem a przemysłem i korzystania na bieżąco z najnowszych osiągnięć nauki i techniki, podkreśla równocześnie jego odrębność, potrzebę pewnej ciągłości kulturowej i zależność od tradycji, a także związek z przyrodą i zależność od jej zjawisk. Dostrzega ponadto znaczenie rolnictwa dla kształtowania środowiska społecznego (wspólnoty sąsiedzkie) oraz ochrony środowiska naturalnego. Dobrze zorganizowane i zdrowe w swej strukturze rolnictwo jest także ważnym czynnikiem stabilizacji społecznej i ekonomicznej. Nie można zatem oceniać rolnictwa jedynie w kategoriach efektywności ekonomicznej, choć ta właśnie efektywność ma dla całego narodu i państwa znaczenie kluczowe. Wszystko to należy brać pod uwagę przy opracowywaniu programów polityki rolnej; uzasadnia to bowiem nakaz szczególnej ochrony rolnictwa.
3. PROBLEM RESTRUKTURYZACJI ROLNICTWA
Rodzi się pytanie, co należałoby pilnie i konkretnie zrobić dla rolnictwa indywidualnego (i nie tylko indywidualnego) w naszym kraju, aby pomóc mu przetrwać? Wydaje się, że najpierw jednak należy zdać sobie sprawę z tego, że można zabierać się do uzdrawiania tylko rolnictwa, a zwłaszcza jednej jego części wtedy, gdy chora jest cała gospodarka. Nie wykluczamy, więc potrzeby uzdrowienia całego systemu gospodarczego, ale właśnie potrzebę taką zakładamy.
Są tacy, którym się wydaje, że wystarczy odpowiednio podnieść ceny skupu płodów rolnych lub zaprowadzić wolny rynek produktów rolnych, ażeby uzdrowić rolnictwo indywidualne. Jest to oczywiste nieporozumienie. Nie ma dziś na świecie takiego rolnictwa, które nie wymagałoby nie tylko ścisłego współdziałania z innymi działami gospodarki narodowej, ale także (przynajmniej w niektórych okolicznościach) szczególnej ochrony i opieki ze strony państwa lub nawet organizmów ponadpaństwowych. Przykładem może być rolnictwo amerykańskie lub zachodnioeuropejskie, które stwarza, jak wiadomo, niemało problemów dla EWG oraz projektowanej organizacji wspólnego rynku europejskiego.
Projekt reformy polskiego rolnictwa powinien więc obejmować nie tylko wprowadzenie w odpowiedni sposób – w zależności od istniejących, dokładnie wcześniej przeanalizowanych potrzeb – wszystkich elementów programu rolnego, przedstawionego w encyklice Mater et Magistra, ale także jego planową restrukturyzację, poprzedzoną zabiegami melioracyjnymi, klasyfikacyjnymi, komasacyjnymi itp. Winien on obejmować szereg modeli optymalnych gospodarstw, w zależności od ich charakteru, typu produkcji i naturalnych uwarunkowań oraz ogólne proporcje realizacji tych modeli, zależnie od warunków i potrzeb w różnych regionach kraju. Te zróżnicowania modelowe należy także uwzględnić przy opracowywaniu programu współdziałania między rolnictwem a przemysłem.
Nie wolno jednakże zamykać oczu na to, że trudności, jakie napotyka nasze rolnictwo tkwią o wiele głębiej. Nie można prowadzić żadnej polityki rolnej, nie można w szczególności myśleć o uzdrowieniu rolnictwa, jeżeli nie uzna się, że rolnictwo po prostu utraciło wiarę w siebie oraz możliwości swego odrodzenia i rozwoju. Rzeczywistość jest taka, że bardzo wiele gospodarstw rolnych nie ma spadkobierców, bo pozostali na nich jedynie ludzie w wieku poprodukcyjnym, którzy nie mają ich komu przekazać, a co najmniej drugie tyle rolników nie wierzy w sens swych wysiłków, gdyż wiedzą, że ich praca jest nieopłacalna i widzą gołym okiem, jak ich gospodarstwa popadają w ruinę.
Czy ten stan rzeczy można zahamować i jak można by go było odwrócić? Urbanizacja jest procesem spontanicznym obejmującym cały świat, ale tylko wtedy jest to zjawisko naturalne i zdrowe, jeśli rzeczywiście wzrasta wydajność pracy w rolnictwie, a więc spada liczba ludzi tu zatrudnionych, wzrasta natomiast liczba zatrudnionych w przemyśle, a potem w usługach. Proces ten nabiera jednak cech chorobliwych wtedy, gdy młodzi ludzie porzucają ciężką pracę w rolnictwie w nadziei łatwego życia i szybkiego dorobienia się majątku w mieście, zwłaszcza jeśli proces ten jest sztucznie nasilany na skutek zaniedbania rolnictwa i lekkomyślnej polityki zatrudnienia w mieście, i dodatkowo wspierany przez akcję propagandową, podnoszą niemal do rangi ideologii.
Doszło więc do tego, że dla młodych ludzi o średnim lub niepełnym średnim wykształceniu ideałem stało się przeniesienie do miasta, zatrudnienie w łatwym nie wymagającym zbyt wysokich kwalifikacji i zbyt wielkiego wysiłku w zawodzie (najlepiej w administracji), i zamieszkanie w cementowej pustyni bloków, w „klatce” o kilkudziesięciu metrach kwadratowych powierzchni. Taki ideał odbiera chęć do pracy, gasi wszelką inicjatywę i może być źródłem wszelkiej niemożności. Doprowadził on w każdym razie do tego, że młodzież w swej ogromnej większości uciekła ze wsi, a tym czasem kryzys budownictwa mieszkaniowego i ogólna niemożność gospodarcza zblokowały przed nią miasta. Pozostała jej ucieczka za granicę. Powraca więc pytanie, jak w takich warunkach ożywić wiarę w sens pozostania czy powrotu na wieś, w sens pracy w rolnictwie. Trudność jest tym większa, że każdy, komu byśmy zaproponowali, zapyta: „Dobrze, ale na jak długo? Kiedy znowu powróci mit kolektywizacji i pozbawi nas wszelkich szans?”.
Odpowiedzią może być tylko ostateczne porzucenie tego mitu, uprawomocnienie zasady nienaruszalności własności, wolnego obrotu ziemią, nieskrępowanego prawa dziedziczenia, wyrzeczenia się wszelkiej dyskryminacji, gdy idzie o rozmiary gospodarstw rolnych, wolny rynek środków produkcji i wytworów rolnictwa itd. Innymi słowy, powrót do normalnych stosunków gospodarczych. Potrzeba zatem niewiele, a za razem bardzo dużo, bo wiąże się to przecież ze zmianą ustroju gospodarczego.
Jeżeli jednak ludzie mają powrócić na wieś muszą być pewni, że ich praca nie pójdzie na marne, muszą wiedzieć, co ich czeka. Inwestycje rolne, podobnie jak praca na roli, nie przynoszą natychmiastowych owoców. Ich efektywność jest długofalowa i nie może być mierzona jedynie w kategoriach ekonomicznych. Praca na roli nie jest bowiem tylko sposobem zarobkowania, lecz także stylem życia, kształtuje określoną postawę życiową, o której nic nie wiedzą ludzie za biurka. Odbudowy tego rodzaju postaw i środowisk może okazać się bardzo trudna, albowiem wymaga wielu zróżnicowanych inicjatyw i działań, a przede wszystkim stworzenia szerokiego frontu wzajemnego zaufania.
Bardzo ważną rolę może tu odegrać prawdziwy klimat wolności, poczucie bezpieczeństwa i świadomość szerokiej perspektywy dla wszystkich przedsięwzięć i inicjatyw. Drugi warunek, to prawdziwy samorząd lokalny i terytorialny, wyrosły niejako z terenu, złożony z ludzi miejscowych i przez nich kierowany, bo tylko oni posiadają gruntowną znajomość problemów miejscowych, a więc mogą być wystarczająco kompetentni do ich rozwiązywania. Powinien to być samorząd o szerokim zakresie uprawnień i kompetencji formalnych, a nie jeszcze jedna fasada służąca do wykonywania poleceń i instrukcji państwa (administracji) czyli partii. Powinien on być rzeczywistą władzą lokalną, powołaną przez samych miejscowych obywateli. Nic tak nie niszczy zaufania do władzy, jak przysyłany z „góry” urzędnik, pytający o wszystko swoich nie znanych nikomu mocodawców. To oni – rolnicy – muszą się czuć mocodawcami, jeżeli mają mieć zaufanie do jakichkolwiek zarządzeń, jakiejkolwiek władzy; bo także na władzę państwową patrzą przez pryzmat władzy miejscowej.
Warunkiem odbudowy zaufania jest także całkowita swoboda zrzeszeń. Przemawia za tym nie tylko bliski chłopom duch demokracji, ale przede wszystkim cały system życia i pracy na wsi, gdzie od współdziałania z innymi zależy realizacja wszystkich celów. Tego rodzaju współdziałanie jest tu po prostu sposobem życia.
Łączy się z tym znacznie szerszy problem stosunku człowieka do ziemi i odbudowy systemu wspólnot sąsiedzkich i cała kultura współżycia społecznego na wsi. Należy zdać sobie sprawę z tego, że zrobiono już bardzo wiele w kierunku zniszczenia tej kultury i jej odbudowa może okazać się bardzo trudna. Jeżeli ktoś czytający te słowa pomyśli w tej chwili o tym, że przecież ją ratowano, tworząc chociażby znane na całym świecie zespoły ludowe (np. „Mazowsze”), to znaczy, że zupełnie nie rozumie, o co tu chodzi.
Socjalizm realizowany w naszym kraju najpierw przyczynił się do zniszczenia kultury wiejskiej (choć ratował ją i nadal usiłują ratować parafię), a dopiero potem zdeprecjonował i w jakimś sensie uwstecznił kulturę burżuazyjną. Wieś została doprowadzona nie tylko do ruiny materialnej, ale i kulturalnej, dla miast natomiast wymyślono system osiedleńczy, który doprowadził do ukształtowania się karykaturalnej parakultury nowego socjalistycznego drobnomieszczaństwa. System ten, realizowany od kilkudziesięciu lat, nie jest jednak niczym nowym, gdyż stanowi jedynie rozwinięcie dziewiętnastowiecznej idei kamienic czynszowych lub osiedli przyfabrycznych, będących przecież najbardziej żałosnym spadkiem ubiegłowiecznego budownictwa. W nowym gigantycznym wydaniu pomysł ten jest nie tylko antyhumanistyczny, ale wręcz obłędny.
Przemawiają przeciw niemu nie tylko względy zdrowotne i psychologiczne, ale także socjologiczne, wychowawcze, a nawet ekonomiczne. Jest to sposób na zamknięcie człowieka w klatce, pozbawienie go ruchu, oderwanie od przyrody, wyobcowanie ze wspólnoty sąsiedzkiej, a także na oduczenie jakiejkolwiek gospodarności i pozbawienie inicjatywy. Pozostaje mu praca wykonywana (albo nie) poza domem i siedzenie przed telewizorem. Długo by jeszcze można wymieniać wszystkie ujemne strony tego rozwiązania.
Trzeba koniecznie odejść od tego systemu i pozwolić ludziom powrócić do siebie, do ziemi, nawet gdyby to miało znacznie rozszerzyć granice naszych miast i uruchomić nowe systemy komunikacyjne. Kto widział miasta amerykańskie potrafi sobie wyobrazić wielomilionowe nawet miasto, złożone z niepodobnych do siebie domów z ogrodami oraz jeszcze bardziej zróżnicowanych osiedli. Potrafi też zrozumieć, że ludzie pracujący w mieście nie muszą koniecznie tkwić w „betonowych plastrach”, oblepionych wokół maleńkimi, zawsze brudnymi autami, których przydatność praktyczna jest bardzo wątpliwa, chyba tylko jako znak nominalnego standardu życiowego. Korzysta się z nich bowiem jedynie w okresach urlopów.
Argumentacja, że budujemy osiedla mieszkaniowe tego typu (nawiasem mówiąc bardzo długo), aby oszczędzać ziemię uprawną, jest po prostu obłudna. Przecież wszystkie budowane po wojnie zakłady pracy zajmują co najmniej dwa razy więcej ziemi (niekiedy najwyższej klasy!) niż jej potrzebują. Jest to ziemia państwowa (co nie oznacza, że nie stała się taką w wyniku wywłaszczeń), a zatem darmowa, i jej cena (renta gruntowa) nie wchodzi w zakres rachunku ekonomicznego. Nie jest to jednak jedyna ziemia, jaka się marnuje. Bardzo wiele ziemi w całym kraju (zwłaszcza w jego wschodniej części) leży odłogiem i jakoś nikomu nie spędza to snu z powiek. Liczby te rosną w setki tysięcy (może nawet milion) hektarów, a każdego roku rolnicy porzucają co najmniej 50 tys. hektarów ziemi uprawnej, często wraz ze zdewastowanymi zabudowaniami. Nikt zresztą, jak się wydaje, nie wie dokładnie, ile ziemi marnuje się w naszym kraju. Świadczą o tym choćby telewizyjne wypowiedzi wojewodów z tzw. ściany wschodniej, podających jedynie cyfry ogólnikowe
Gdyby tylko połowę tej ziemi, a więc pół miliona hektarów, przeznaczyć w różnych częściach kraju pod prywatne budownictwo indywidualne, to w niedługim czasie i stosunkowo tanio otrzymalibyśmy milion domów mieszkalnych z półhektarowymi ogrodami, czyli wygodne i ludzie mieszkania dla około trzech czterech miliomów ludzi, z tym, że każda rodzina mogłaby dodatkowo uprawiać swój ogródek, będąc całkowicie u siebie, łącznie z powrotem dziedziczenia. Zapewniałoby to nie tylko przestrzeń życiową, kontakt z przyrodą, środowiskiem sąsiedzkim, relaks przy pracy fizycznej, ale i określone korzyści materialne pozwalające zaspokoić potrzeby rodziny, np. w zakresie warzyw, owoców i kwiatów, a nawet wywierające pewien wpływ na rynek tych produktów. Cieszyłby się z tego zarówno stary Wolter, jak i G. K. Chesterton.
Wymagałoby to oczywiście zniesienia wszelkich blokad w zakresie własności i obrotu ziemią, produkcji i handlu materiałami budowlanymi oraz uproszczenia całego procesu administracyjnego, gdy idzie o pozwolenie na budowę domów prywatnych, handel nimi, ich dziedziczenie itp. Niełatwą sprawą byłoby zapewnienie infrastruktury budowlanej, komunikacji, wody, gazu, elektryczności itp. Byłyby też potrzebne odpowiednie kredyty. Korzyści jednak takiego rozwiązania zarówno gdy idzie o stabilizację społeczną, a nawet polityczną, jak i zdrowie fizyczne i psychiczne narodu, racje wychowawcze oraz ekonomiczne, wydają się ewidentne i nie wymagają szerszych uzasadnień
Struktura rolnictwa zarazem oraz tego, co umownie można by nazwać wsią, jawi nam się wielowarstwowo. Wymieńmy najpierw gospodarstwa badawcze i wdrożeniowe oraz nasienne i zarodowe, które mogłyby pozostać własnością państwa, a w każdym razie winny być przez nie popierane i dotowane, gdyż pracują na korzyść całego rolnictwa i jego rozwoju.
Wielkie gospodarstwa rolne i handlowe zarówno monokulturowe, jak i polikulturowe powinny otrzymać status spółdzielni, albo nawet spółek o charakterze prywatnym, tak by w rolnictwie nie trzeba było na stale stosować pracy najemnej. Trzon produkcji rolnej powinny utrzymać gospodarstwa rodzinne różnych typów i rozmiarów, w zależności od sytuacji lokalnych, rodzaju kultury rolnej, stopnia mechanizacji i metod organizacji pracy. Odrębną jakość stanowią gospodarstwa ogrodnicze różnych typów, ze względu na specyfikę produkcji i jej szczególne miejsce na rynku. Zajmują one specjalne miejsce na swego rodzaju pograniczu między miastem a wsią. Inny rodzaj tego pogranicza to wspomniane już ogródki przydomowe, a także mające niemały dorobek ogródki działkowe. Warto przy tym zwrócić uwagę na potrzebę szczególnej troski o zaopatrzenie tego typu gospodarstw w narzędzia, nasiona, nawozy, środki ochrony roślin itp.
Wszystkie te typy gospodarstw powinny być równouprawnione, w sensie zapewnienia każdemu z nich dostosowanej do jego potrzeb pomocy, opieki, doradztwa oraz prawa do zakładania odpowiednich zrzeszeń i rozwoju różnego rodzaju form współdziałania.